Nie umiem pisać angstów. Serioserioserioserioserio. Możecie mnie zabić, porąbać siekierą i zakopać w lesie, bylebym już nigdy nie brała się za angsta. Pewnie się na mnie zawiedziecie.
Strasznie ciężko mi się to pisało, z wielu powodów. Miałam wiele ambicji co to tego, co wyszło... sami widzicie. Mam problem z przedstawieniem za pomocą słów czegoś takiego.
Nie wiem w ogóle, czy można to nazwać angstem. Podejrzewam, że w nikim nie wzbudzi to żadnych głębszych uczuć.
Przepraszam za to byleco. Już nie będę się brała za angsty, jak widać nie są one mi pisane.
Dedykacja... dedykuję to sobie.
Cały shot jest inspirowany teledyskiem zespołu Adams - Seseragi (stąd tytuł). Polecam obejrzeć przed przeczytaniem.
_______________________
typ: one shot
gatunek: miał być angst...
paring: YeWook
gatunek: miał być angst...
paring: YeWook
ostrzeżenia: obawiam się że może się tego nie dać czytać
rating: PG-13
rating: PG-13
Usiadłem na dnie wanny i puściłem delikatny strumień chłodnej wody. Ostatnie promienie zachodzącego słońca wbiły się w drgającą ciecz i rozbiły, tworząc na kafelkach niewyraźną tęczę, tak jak teraz ja jestem rozbity. To musiało trwać jak najdłużej. Tylko na to zasługiwałem.
Wraz z wodą napłynęły wspomnienia, tym razem jednak ich nie odpędzałem. Pozwoliłem sobie nimi nasiąknąć, tak jak moje ubrania nasiąkły wilgocią. Dlaczego jednak pamiętałem przede wszystkim przykre sytuacje?
Szum fal, które gdzieś w oddali uderzały o strome, szare klify, był zagłuszany przez uderzanie mojego serca. Blask rdzawego zachodu, rozlewającego się po bezmiernej toni oceanu i mieszającego się ze spienionymi grzywami, był zupełnie niezauważalny przy blasku twoich ciemnych oczu. Absolutnie wszystko było przyćmiewane, nie zauważałem niczego poza tobą i chłonąłem tę chwilę, nieliczną chwilę kiedy byliśmy sami, nareszcie nie otaczani przez innych ludzi, szczególnie takich jak ten... Choi, ten wysoki kretyn, którego wszyscy uwielbiali, łącznie z tobą, bo wszystkich raczył tym swoim sztucznym uśmiechem i beznadziejnie miłym tonem. Ale tu go nie było. Nareszcie.
- Jongwoonnie! - Nabrałem wody w dłonie i ochlapałem cię, śmiejąc się i oczekując rewanżu. Jednak reakcja była zgoła inna.
- Pogrzało cię?! Co ci odwala?
Opadły mi ręce i zamilkłem, wyraźnie gasnąc, jak słońce gasło teraz, jakby tonąc w głębinach fal. Ale przecież zawsze tak było. Wszystko, co robiłem, było durne i beznadziejne, prawda? Ja byłem beznadziejny?
Wanna się powoli napełniała, a mnie zaczynało być zimno.
Zimno...?
Stacja kolejowa przy campusie była niemal pusta, bo skończyliśmy zajęcia wcześniej. Napadało dość dużo śniegu, i może nawet zachwycalibyśmy się krajobrazem świata otulonego białą płachtą, gdybyśmy nie byli zajęci narzekaniem na zbyt niską temperaturę.
Gdy zobaczyłem idącego w naszą stronę Shindonga, zmarkotniałem. Nie żebym coś konkretniejszego do niego miał, po prostu ani trochę nie cieszyło mnie jego towarzystwo.
- Hej, Shinie! - Twój głos był zdecydowanie zbyt miły, jak na mój gust. Kiedy zwracałeś się do mnie, twój ton brzmiał bardziej... oschle?
- Siema - wydusiłem, siląc się na uprzejmy ton. Na uśmiech się nie zdobyłem, widząc, jak radośnie go witasz. A nasze powitania? Całkowicie odarte z wszelkich uczuć, bezbarwne "hej, co tam?".
Moment, w którym uwiesiłeś się na jego ramieniu przelał szalę goryczy. Zrobiło mi się niedobrze. Mi nigdy tak nie robiłeś. W czym on był ode mnie lepszy? I kim, do cholery, byłem dla ciebie?
Woda sięgała mi bioder.
- Więc uważasz, że jesteś w klatce swojego własnego myślenia? Że mimo, że ledwo żyjesz, nie możesz, albo raczej nie chcesz, zostawić tego rozdziału za sobą?
Skinąłem głową, patrząc spod grzywki na Jungsoo.
- A teraz ci powiem, jak to naprawdę z wami jest. Nikt inny, tylko on zbudował sobie klatkę z drutu kolczastego. Wpuścił się do siebie, a ty czułeś się szczęśliwy jak nigdy, bo poczułeś się wreszcie doceniony. Nie trwało to jednak długo, bo wkrótce on zaczął podstępem wypraszać cię ze środka, jednocześnie wzbudzając w tobie poczucie winy. W końcu zamknął klatkę na stałe, ale ty, nie chcąc go stracić za wszelką cenę, starasz się dotknąć go przez kraty, a przy każdej próbie drut kolczasty wrzyna ci się w skórę, raniąc dotkliwie. Bo wiesz, lepiej nigdy czegoś nie mieć, niż to stracić.
Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, słuchając miarowego tykania zegara, aż w końcu szepnąłem łamiącym się głosem.
- To... przez coś, co powiedziałem, czy po prostu moja osobowość?*
Karmazynowy to ładny kolor. Nic dziwnego, że go lubisz. Miałeś wiele oprawek w tym kolorze. Chociaż nigdy nie rozumiałem twojego uwielbienia do ciemnych okularów, miałeś zbyt piękne oczy, żeby je ukrywać.
Odłożyłem mały, zdobiony scyzoryk na półkę obok wanny. Trochę ciężko było mi się teraz skupić, miałem wrażenie, że wraz z burgundowymi strugami rozpuszczają się w wodzie moje wspomnienia, wszystkie, poza tymi związanymi z tobą.
Teraz woda też była karmazynowa.
Niezliczony raz szedłem przez pełną ludzi galerię handlową, rozświetloną tysiącami trywialnych szyldów reklamowych, tworzących niemal mdlącą mieszankę. Mijałem setki par i przyjaciół, którzy wybrali się na weekend coś zjeść, czy po prostu się spotkać, bo do cholery chcą zobaczyć, usłyszeć drugą osobę, chcą z nią pobyć.
Szedłem sam.
Nie byłem warty nawet tego, żeby gdzieś ze mną pójść.
Nie szanowałeś mnie. Bo po co? I tak byłem na każde twoje zawołanie, na każdy gest. Wytresowałeś sobie mnie jak kundla, którego w każdej chwili można wyrzucić, jak śmiecia. Robiłeś co chcesz a ja musiałem się do tego dopasować. Jeśli tego nie robiłem, ty znikałeś natychmiast, jakbyś tylko na to czekał. Nie miałem już siły nawet płakać, jakbym był pusty w środku. Patrzyłem nieobecnym wzrokiem na miejsca, w których bywaliśmy razem i nie odczuwałem nic. Wszystkie łzy już wypłynęły, żłobiąc jątrzącą się ranę, złość dawno uleciała, pozostała niemożność zrobienia niczego ponad niemal czystko fizjologiczne egzystowanie. Już nie byłem nawet zwierzęciem, byłem roślinką, którą można było podlewać i nawozić, ale można też było zostawić na pewne uschnięcie, co właśnie robiłeś.
Więc właśnie tak wygląda umieranie? Umysł, pozbawiony dopływu życiodajnej krwi, tworzy wyimaginowane obrazy, jak sny? Czy tworząc złudzenie twojego głosu, chce zachować mnie przy życiu, ukazując to, co najbardziej kochałem?
- Ryeowook! Wookie! Gdzie jesteś? - Mój umysł chyba nie był mistrzem imaginacji, bo ty nigdy byś mnie nie wołał takim przejętym, pełnym emocji głosem. Zatopiłem się w ten głos ostatkami świadomości, chłonąc go, czując, jakbym doświadczał czegoś nowego, czegoś, co nigdy nie nastąpiło i nie miało nastąpić.
- Ryeo! Błagam...
No tak. Pewnie chodziło o ten list, który zostawiłem; moja podświadomość, do której najwyraźniej nie docierało, że jestem dla ciebie nikim, stworzyła fatamorganę, w której ty ten list znajdujesz i przerażony o moje życie biegniesz do mojego domu, by mnie uratować... Brzmi jak historyjka wyjęta z kiczowatych dram. Gdybym miał siłę, roześmiałbym się szczerze z ogromu bezsensu, jaki potrafiła stworzyć jakaś bardzo nieznająca życia część mnie.
Tak, kiedyś coś czytałem na ten temat. Przy udarze mózgu bardzo często występują wszelakie halucynacje i omamy. Najwyraźniej w przypadku dużej utraty krwi było podobnie.
Nigdy wcześniej nie doceniałem możliwości człowieka. Nie spodziewałbym się, że potrafiłbym stworzyć tak wyraźny obraz ciebie, jaki widziałem w tej chwili. Wyobrażałem sobie, że stoisz teraz w drzwiach łazienki, blady, wpatrzony we mnie z przerażeniem i bólem. Po krótkiej chwili moje złudzenie upadło na zimne kafelki, drżąc zauważalnie. Płakało? No proszę. Mój miraż potrafił nawet płakać z mojego powodu, czego nie można by było nigdy powiedzieć o prawdziwym tobie.
Z wysiłkiem utrzymując się na granicy przytomności, wpatrywałem się we własną halucynację, która niemal czołgając się w stronę mojej wanny krztusiła się słowami, z których mogłem rozpoznać tylko słowa takie jak "Ryeowook" "przepraszam" oraz "nie".
Twoja twarz.
Cóż za romantyzm. Umierając, widzę z całą dokładnością jedynie ciebie, całe otoczenie poza tobą zaszło jakby czarną mgłą, tylko ten omam, przedstawiający cię w bardzo nierealnej scenie, istnieje w moich oczach i głowie.
Przedłużałem jak tylko mogłem moment utraty świadomości, obserwując jak wspierasz się na białym metalu wanny.
- Ryeowook... Ryeo... ja... ty... - No proszę, jaki byłem zdolny. Potrafiłem uroić sobie nawet, jak dusisz się tego typu słowami, nie mogąc złapać oddechu przez łzy.
Szkoda, że nie umiałem zapomnieć o tym, że jesteś jedynie wytworem mojej podświadomości, i uwierzyć w coś takiego. Może umierałoby się łatwiej, wierząc w to, że jesteś przy mnie.
Niemal zsuwając się już w tą przepaść bez dna, złapałem na moment spojrzenie twoich oczu. Potrafiłem perfekcyjnie odtworzyć każdą najmniejszą żyłkę, każde przejście koloru w źrenicach, w końcu tak wiele razy tonąłem w ich głębi. Teraz były podpuchnięte i zaczerwienione, pierwszy raz potrafiłem z nich wyczytać jakiekolwiek emocje. Widziałem w nich ból, strach, winę i... miłość? Co też ta podświadomość może sobie uroić.
Ostatnim, co poczułem, był dotyk dłoni.
_______________________
*jest to cytat z piosenki Hedley - Perfect